lunes, 26 de noviembre de 2012

25 listopada 2012 - Maratóia DKV Donostiako czyli Maraton DKV w San Sebastian

Ola

Dziś ukończony maraton w San Sebastian, po baskijsku Donostia. Wspaniały, siąpiący deszcz towarzyszył nam od 2 w nocy i z przerwami padało do 14.00. Kilka zdjęć ztem, z samej imprezy mniej, gdyż jak się domyślić można biegłam i nie miałam za bardzo czasu na zdjęcia. Chociaż oczywiście mogłam robić zdjęcia, odciągnęłoby mnie to trochę od zastanawiania się, czy pęcherz mnie ciśnie do wytzrymania do kolejnego kibla, czy już zejść, czy boli tyłek nie do wytrzymania, czy jedno kółko jeszcze uda się zrobić i tak dalej.
Na szczęście rozmowy z ludźmi też dodają animuszu, dzięki jednemu koledze, który chwalił się długo i namiętnie, jak to zrobił 5 maratonów w dwa lata (ja to mam szczęście do takich, co lubią się przechwalać w czasie maratonu a kończą z niezbyt dobrym czasem ze względu na wyjątkowe okoliczności, ciekawe, o co cho?) nawet przetrzymałam grające niemiłosiernie kiszki, które koniecznie chciały wyrzucić zawartość jelit w jedną lub w drugą stronę.
A więc kilka zdjęć z San Sebastian. Miasto jest piękne, nastrojowe.


Miejska plaża, jeszcze w sobotę.







Tu sobie chłopcy pogrywają piłę wierząc, że może niebawem dołączą do Real Sociedad de San Sebastian a może i do ekipy narodowej.





Taka plażowa impresja.


I Pedro przy kawale pordzewiałego żelastwa, które jest wielkim dziełem miejscowego artysty i zwie się "Grzebień Wiatrów". Wszyscy idą robić sobie z nim zdjęcie. A nazwa jest może i na miejscu, bo gdy zrywa się wichura, to fale walą w niego niemiłosiernie.


Hah, może i niewiele widać, ale tu Grzebień Wiatrów jest w tle i morze jest niespokojne, zmywając za każdym razem trochę rdzy.


Przykłąd języka baskijskiego: z tego co się zorientowałam to chodzi o Mapę Kultury. Jeżeli coś nie nazywa się tutaj Izibaturrea to można być pewnym, że słowo i tak niełatwo przejdzie przez gardło.

Jakże szczęśliwy moment - jak we śnie - lalala! Już włosy zdążyły wyschnąć po 3 ulewach, które uraczyły biegaczy. Przed startem byłam pewna, że tam są sami szaleńcy, bo lało a oni ściągali swoje kurtki i lecieli w koszulkach. Ale koniec końców jednak to najlepsza strategia, koszulka jakoś wyschnie a łatwiej biec jak się ma na sobie jedną warstwę.

Jeszcze pokazowe rozciąganie na plaży, gdzie można było spokojnie zaprezentować swój ekwipunek. Oczywiście, jak skończył się maraton to przestało padać.


I jeszcze medal, jako, że słabość do języka baskijskiego mam: Maraton San Sebastian to u nich "Donostiako Maratoia" co widać na medalu.

Ale przyszło mi do głowy po wszystkim przesłanie. Nie zamierzałam jeszcze rano robić całego maratonu, jeszcze po 25 kilometrach miałam wątpliwości, jako, że dolegała noga i pośladek. Ale później to poszło jak trans, czy medytacja, czy coś wyższego. Pomyślałam wówczas, że CIAŁO LUDZKIE POTRAFI O WIELE WIĘCEJ, NIŻ NAM SIĘ WYDAJE I ŻE CUDA SĄ MOŻLIWE. W końcu w sobotę prosiłam o cud Jezusa i moje Wyższe Ja. No i CUDA SĄ MOŻLIWE!
Ole!!!

No hay comentarios:

Publicar un comentario